Maddison Inglis bez wątpienia zasłużyła na miano jednej z największych niespodzianek tegorocznego Australian Open. Australijka, która w drodze do trzeciej rundy odprawiła z kwitkiem takie nazwiska jak Kimberly Birrell czy Laura Siegemund, a także skorzystała na wycofaniu się Naomi Osaki, w końcu trafiła na przeszkodę nie do przejścia. Starcie z Igą Świątek okazało się brutalnym zderzeniem z tenisową rzeczywistością. Polka pewnie wygrała 6:0, 6:3, dając rywalce surową lekcję tenisa, choć ta, mimo porażki, schodziła z kortu z podniesioną głową.
Radość z ugrania gema
Mecz na Rod Laver Arena przebiegał pod dyktando liderki światowych rankingów. Świątek, zgodnie z przewidywaniami ekspertów, od pierwszych piłek narzuciła swoje warunki gry, błyskawicznie zapisując na swoim koncie pierwszego seta bez straty gema. Mimo tak jednostronnego przebiegu spotkania, Inglis potrafiła znaleźć powody do radości. Gdy na początku drugiej partii udało jej się przełamać Polkę, celebrowała ten moment szerokim uśmiechem i gestami skierowanymi do publiczności, co nie umknęło uwadze komentatorów. Żartowali oni nawet, że Australijka cieszy się tak, jakby właśnie wygrała seta, a nie pojedynczego gema.
Sama zainteresowana przyznała później, że gra na korcie centralnym przeciwko takiej rywalce wyzwoliła w niej chęć cieszenia się chwilą, zamiast rozpamiętywania niepowodzeń.
– Niecodziennie gra się na Rod Laver Arena, więc pomyślałam: wciągnijmy w to publiczność i po prostu cieszmy się chwilą. Mogłam pójść w drugą stronę i chodzić zdołowana po przegranym 0:6, ale chciałam utrzymać dobre nastawienie – tłumaczyła Inglis w rozmowie z portalem nine.com.au.
Australijka nie ukrywała podziwu dla klasy sportowej Świątek. Choć w drugim secie miała szanse na zbliżenie się do wyniku 4:3, presja wywierana przez Polkę przy każdej piłce okazała się zbyt duża. – Cieszyłam się każdą minutą. Wsparcie kibiców było niewiarygodne, ale ona jest po prostu zawodniczką z innego poziomu – podsumowała Inglis, dodając, że zostawiła na korcie całe serce.
Liczby nie kłamią: Świątek na tle Sereny Williams
Słowa Inglis o „innym poziomie” znajdują idealne odzwierciedlenie w statystykach, które stawiają Igę Świątek w jednym rzędzie z najwybitniejszymi postaciami w historii dyscypliny. Choć Polka ma zaledwie 24 lata, jej dorobek jest imponujący, nawet gdy zestawimy go z osiągnięciami legendarnej Sereny Williams w tym samym wieku.
Porównanie karier obu tenisistek na etapie 24 lat i 8 miesięcy przynosi zaskakujące wnioski. Świątek, mająca na koncie sześć tytułów wielkoszlemowych (w tym zeszłoroczny triumf na Wimbledonie i absolutną dominację na kortach Roland Garros), ustępuje Amerykance zaledwie o jeden taki puchar. Co więcej, jeśli spojrzymy na turnieje rangi WTA 1000, Polka wypada nawet lepiej – zgromadziła ich 11, podczas gdy Williams na tym etapie kariery miała ich siedem.
Często podnosi się argument, że Serena musiała rywalizować z niezwykle silną stawką, w tym ze swoją siostrą Venus, Justine Henin czy Marią Szarapową. Trzeba jednak pamiętać, że współczesny tenis również charakteryzuje się ogromną głębią, czego dowodem jest choćby rok 2025, w którym mieliśmy cztery różne mistrzynie wielkoszlemowe. Analiza ta sugeruje, że kibice – a czasem i sama Iga – bywają zbyt krytyczni wobec pojedynczych porażek, zapominając, że Polka kroczy ścieżką, która może zaprowadzić ją do miana legendy wszech czasów.
Spotkanie na szczycie
Choć Iga Świątek i Serena Williams nigdy nie stanęły naprzeciw siebie w oficjalnym meczu, ich drogi przecinają się poza kortem, a relacja ta ma wymiar symboliczny. Williams, która zakończyła karierę po US Open 2022, wciąż pojawia się na najważniejszych turniejach, służąc wsparciem młodszym koleżankom.
Przykładem takiej międzypokoleniowej wymiany energii był US Open 2024. Przed trudnym meczem trzeciej rundy z Anastazją Pawluczenkową, Świątek miała okazję porozmawiać z amerykańską gwiazdą. Jak sama później przyznała, to krótkie spotkanie dodało jej skrzydeł.
– Naprawdę miło było ją zobaczyć. Ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii – mówiła Polka na konferencji prasowej po wygranej z Rosjanką. Świątek nie kryła, że mimo lat spędzonych w tourze, obecność Sereny wciąż ją onieśmiela. – To było miłe, że do mnie podeszła, bo ja z pewnością nie znalazłabym w sobie odwagi, by zrobić to pierwsza. Cieszę się, że śledzi tenis i moją grę, bo powiedziała mi, że mi kibicuje. Usłyszeć coś takiego od kogoś takiego jak Serena, to zawsze coś wyjątkowego.


